@grabbie - ja jestem mega zmarźlakiem :) Lecimy dalej. Odcinki uprzedzam będą krótkie ale za to w miarę regularne ;) Zresztą wyjazd był na tyle krótki , że szybko się z tym uwinę . Ruszyliśmy, późno ale to nic w końcu z Mielca do granicy jest raptem 180km. Liczę na szybko - 3h. Pasuje. Akurat zrobię się głodny i skosztuję już lokalnych Ukraińskich specjałów. Zdążymy jeszcze trochę pojeździć po górkach. O ja naiwny... Mijamy znak D43, teren zabudowany za nami, odwijamy do 70km/h, lewy migacz - tylko po co, przecież nie ma nic do wyprzedzania... i nagle Mirmil ładuje się w las ;) Będzie się działo na tym wyjeździe pomyślałem. Zwarłem poślady i za nim. Pierwszy piach, pierwsze instrukcje, zaraz po nich pierwszy strach, pierwszy zimny pot i pierwsza gleba. Ale kwas... Wstaje, nawet się nie otrzepując ruszam dalej. Robi się duszno, szczęka w górę, prawa opór i na jedynce duję po piachach. Nie wiem gdzie pojechał ale podążam za tumanem kurzu. Dobrze, że wczoraj naopowiadałem dla Mirka, że jestem totalną dziewicą w terenie więc chłopak co jakiś czas się zatrzymywał, czasem wracał i pomagał... się podnieść - ale tylko czasem! Z reguły wtedy gdy leżałem kołami do góry. Po kwadransie skończyły się zabawy w piaskownicy, zaczął się leśny dukt, przyjemny bo w cieniu a już słonko serwowało nam temperatury w okolicach 28*C! Widzę asfalt, widzę asfalt ! Jestem uratowany! Asfalt posłużył nam ni mniej, ni więcej do przedostania się na drugą stronę szosy... tym razem szeroka szutrówka. Potem znów piaski i tak co chwila zmiana nawierzchni. Niezła zaprawka. Tracę orientację, nie wiem już gdzie północ, gdzie wschód, czy się oddalamy czy przybliżamy do granicy, po którymś tam przejeździe czarnej wstęgi nawet nie wiem po której jej stronie się znajdujemy! Za dużo wrażeń jak na początek przygody ale jest fajnie! W końcu wypadamy na asfalt. Nuda. Jakoś zimno się robi - mokre plecy zaczynają wysychać. Zasuwam wszystkie wywietrzniki, tempo spokojne - Mirek w końcu pomyka na C02 od Mitasa. U mnie E09 od... od Sponsora oczywiście ;) Jedziemy, jedziemy - wioska za wioską, miasteczko za miasteczkiem. Nuda. Nie znamy się wcale ale nastała jakaś taka nić porozumienia - na światłach ziewając wiemy obaj, że pora na kawę. Do kawy kanapeczka i wygrzewamy się w promykach słonka. Mija chyba z 1h. Nie chce się ale czas ruszać bo zaraz noc nas tu zastanie. Ruszamy. Nuda. Jakieś zakupy szybkie przed granicą, oczywiście kupujemy to czego nie dostaniemy za granicą. Niedużo, w końcu lecimy na lekko. Moje 25L sakwy pomieściły aż 15kg ładunku. Sam nie wiem czego tam napchałem... :) Granica. Lecimy na początek kolejki. Okienko. Miła Pani wskazuje nam gdzie mniej więcej mamy wrócić. To mniej więcej to Panowie tak za ostatnim autem. Chcę się rozpłakać ale Mirek mówi, że to nic nie pomoże - kobieta ma serce z kamienia i nawet amory w jego wydaniu nic nie wskórały. Trudno. Wracamy więc potulnie. Samochodziarze zdziwieni. Ale tu, w Krościenku podobno często się to zdarza. Czas mija nam na spożywaniu podwieczorka, wymianie kasy, rozmowie. Ot i 30 minut zleciało. Odprawa sprawna, w miłej atmosferze. Po kwadransie tniemy już na stację benzynową po drodze mniej więcej takiej jak sobie wyobrażałem. Znaczy wyobrażałem sobie ją tak, że będzie mniej dziur i więcej równych odcinków... Z pełnymi zbiornikami ruszamy. Dziury, kurz, pierwsze brody, pierwsze kontakty międzyludzkie. Pierwsze rozdane cukierki, pierwsze zakupy, pierwsze zetknięcie z tutejszymi realiami, pierwszy nocleg z dala od ludzi, wysoko, na pastwisku, pierwsza ukraińska wódka, pierwsza zguba... pierwsza awaria. Tak wyglądał mój pierwszy w życiu dzień spędzony na Ukrainie. Nie zapomnę go do końca życia! To tak w skrócie bo sami wiecie,że tego co się przezywa w głębi nie da się przelać "na papier", no przynajmniej ja nie będę nawet próbował - za dużo emocji było. Dzięki Mirmil, mój Ty przewodniku !
Na pastwisku budzi się życie. Słychać poszczekiwania psów, dzwonki krów rozbrzmiewają fantastyczną muzyką, muzyką przestrzeni, wolności i tego czegoś nie do opisania. Odsuwam zamek namiotu, mgła spowija jeszcze wszystko dokoła. Leżę tak nieruchomo wpatrzony w dal, nawet nie łapię ostrości na żaden punkt, ot takie zawieszenie. Mgła delikatnie zaczyna się unosić, dzwoneczki krów udających się z dołu, ze wsi na pastwiska położone znacznie wyżej słychać już wyraźnie. Pierwsze promyki słonka wychylającego się zza góry przebijające się przez mgłę zdają się mówić wstawaj - szkoda dnia. Zupełnie jak muzyka w radio ale jakoś tak inaczej, cieplej, kojąco. Nie chce się ale komu jak komu, słonku się nie odmawia. Widzę też, że nie tylko ja nie odmawiam – Mirek też już wstaje. Krótkie pogaduszki o wrażeniach z dnia wczorajszego, szybkie oszacowanie strat w sprzęcie, naprawa, kawa, kolejna kwa, śniadanie i kolejna kawa. Pastuszkowie nas ominęli za to kilka zdań zamienionych z drwalem idącym z siekiera na wyrąb dają obraz warunków życia jakie tu panują. Ludzie fantastyczni, tak jak i przyroda. Za moment ruszamy, początkowo w dół, kilka kilometrów po łąkach, polach, polnymi drogami i o dziwo nikt na nas nie krzyczy, nikt nas nie przegania, nie rzuca widłami. Jadąc staramy się niczego nie niszczyć a jeśli już to jak najmniej. Ludzie w koło pozdrawiają nas, zostawiają na chwilę swoje prace polowe, pozwalają wyprostować się swoim na ogół skulonym ciałom, machają, wskazują drogę. CUD!!! To nie cud, to Ukraina - śmieje się Mirek. cd. po weekendzie.
Ukraina... ta jaką widziałem dzisiejszego dnia jest taka jaka mi się widziała kiedy przed snem w domowym zaciszu zamykałem powieki i wyobrażałem ją sobie. Dokładnie taka sama! Konie zamiast traktorów, zamiast skomplikowanych i drogich maszyn – ludzie, całe rodziny, wszystkie pokolenia, zgodnie pracujący na roli. Piękna, skromna, kolorowa. I Ci wspaniali ludzie... Jedziemy, po cichu by nie płoszyć luźno biegających domowych zwierząt, grzecznie by nie zrobić złego wrażenia na mieszkańcach. Podjeżdżamy do nich, pytamy o drogę. - Tam, prosto, jedźcie za mną, otworzę Wam bramę – woła rolnik. Zostawia grabie i truchtem pędzi na wschód, po kilkunastu metrach dopada do prowizorycznej bramy zrobionej z kilkumetrowego drąga średnicy jego spracowanych rak, odrzuca na bok i każe jechać, na dól, do rzeki... - Nosz kur...ależ tu pięknie !! Jak mogłem tyle lat zwlekać !! Jak mogłem ?? !! - biłem się z myślami ciągnąć się za Mirkiem. Ten co jakiś czas zatrzymywał się czekając na mnie. Ale nie narzekał, jechał tak by mieć frajdę ale jednocześnie tak, by nie zgubić swojego towarzysza doli i niedoli. Prawdziwy dobry duch! Jedziemy piękną drogą, zupełnie nie pasującą standardem do tego czym poruszaliśmy się do tej pory. Na którymś z wzniesień zatrzymujemy się na obiad. Tanio, pysznie- czyli tak jak być powinno. SMS od Remiego, z którym ruszam niedługo na podój małego kawałka Afryki, uświadamia mnie, że zabrany w ramach testów SPOT działa: - wystarczy już tego obżarstwa, w drogę! - drwił w nim Marek. Skoro wielki brat kazał to ruszyliśmy. Niespiesznie, 80-90km/h w końcu mamy czas, delektujemy się widokami. Kierunkowskaz w lewo miga już jakiś czas, przykręcam gaz... widzę pędzących policjantów, Mirmil nie reaguje. Jadę więc i ja. Słyszę tylko gwizdki władzy... w lusterku lecący lizak ;) Oddalamy się niespiesznie. Po 3, może 4 km na długiej dziurawej prostej dopada nas wyjąca w niebogłosy Łada Samara, oczywiście z błyskającym zestawem na dachu. Wysiada dwóch ludzi, wysokich nie tylko stopniem... Paszporty, prawo jazdy, spojrzenie znane z filmów Holywood, od razu widać, że te sceny grają codziennie. Szybkim ruchem chowam zawartość portfela głęboko w kieszeni zostawiając w środku tylko drobne- wiedziałem co będzie dalej się działo – czytałem w końcu nie jedno dobre opowiadanie! - Panowie, za nami, tam pogadamy – rzucili. Zawrócili i prowadzili nas jak skazańców... Dojeżdżamy do feralnego miejsca, lizak już podniesiony... na nasz widok z posterunku GAI wybiegają, było ich ze 4, może 5 – coś tam wrzeszczą. - Paczemy wy uciekali ? - My nie uciekali, norlmalnie jechali ! - No kak normalna? No kak ?? - No normalna, jechali. - My was zatrzymywali . <zdziwienie> my niczewo nie uwidzieli, słonko mocno świecit - cedzę łamaną ruszczyzną. - Ja gwizdał !!!!! – krzyczy wściekły policjant - U mienia muzyka w kasku , ja niczewo nie słyszał ! Rozchodzą się, każdy z nas dostaje swojego „prokuratora” zapraszają nas do klimatyzowanego pomieszczenia, sadzają przy oddzielnych stolikach tak by nas szybciej złamać. Wystrój surowy, lodówka, na ścianie wiszący klimatyzator, klika dyplomów czy czegoś w tym stylu. Krzesła, stoliki - przypominają mi lata 80-te. - No szto z Wami budziet ? No szto ? - Nic, pojedziemy dalej - no jak ? - No normalnie, na moto - Chyba taxi, sud budziet, sztraf, motory zablokowane, sud i deportacja! drwi policjant. - A co to sztraf, szto eta sud, ja nie rozumieju ? - No jak nie rozumiesz jak ja do Ciebie po polsku gadam … - trudno się było z nim nie zgodzić... ;) I tak w kółko przez 5-10 minut. Oczywiście w międzyczasie, co 1-2 minuty dopisują kolejne wersy protokołu dla sędziego. Nie pękamy. Mirkowi rozmowy idą zdecydowanie lepiej, widzę, że już oglądają paszport i jego pieczątki, oglądają zdjęcia w jego komórce, słuchają opowieści. Ja trafiłem na twardszego, bardziej nerwowego człowieka. Co chwila zrywał się z krzesła, ściągał czapkę po czym wykonywał nią kilka nieskoordynowanych ruchów i po chwili znów lądowała na jego głowie. Chodził i siadał, obracał się na jednej nodze, podnosił i rzucał paszport o stół co chwila zerkając tylko na to jak ja reaguję... miętolił paszport dopisując co chwila kilka wyrazów i rzucał swoje: -Ernest i szt z tobą budziet? No szto? Do sudu chcesz ? Po co Ci to? No po co ? Paczemu ty uciekał, no paczemu ? Nic nie budziet – odpowiadałem - A co ma być ;) Nie piłem, nie uciekałem, jechałem jak należy, żadnego przepisu nie złamałem, zobaczyłem auto w lusterku grzecznie zjechałem na pobocze... - ciągnę dalej Z boku widzę jak Mirmil dmucha w czapkę... taki alkomat, mimo że po chwili pokazują nam taki normalny, za kilka tysięcy euro, chwalą się certyfikatem, myślimy, że dali już spokój bo rozmowa zeszła na inny tor. - No i co z wami budziet ? Teraz już zaczyna się rozmowa w grupie. Patrzę na protokół Mirka – prawie nie zapisany, mój już gdzieś tak w 70% - No Mirek, no... Ty nie pierwyj raz na Ukrainie, Ty wiesz co trzeba zdziełać - No nie pierwszy i wiem jak jeździć by się wam nie narazić ! - odpowiada - Sud ile nie sud - Zdecydowanie nie sud ! - To pisać dalej ili nie pisać ? - Zdecydowanie nie pisać! - No to jak budziet ? - Będzie dobrze, pojedziemy tam gdzie jechaliśmy i wszyscy będą zadowoleni. - No jak wszyscy ? - i patrzy na nas jak na idiotów.... ;) Mój wkurzony okrutnie. Siada, pisze dalej. Co chwila wpadają pozostali sprawdzić na jakim etapie są „negocjacje”. Też nie są zadowoleni. Widzą, że się ich nie boimy ale widza też, że nie stawiamy się im, po prostu próbujemy rozładować napiętą atmosferę. Wychodzą niezadowolenia a ja w międzyczasie obserwuję to co się dzieje za oknem. Co chwilę zatrzymuje się jakieś auto, często po krótkiej konwersacji z kierowcą coś ląduje w ręku policjanta a kierowca odjeżdża. Wracam myślami do miejsca i sytuacji w której się znaleźliśmy: - Ale po co to pisać – mówię, przerywając pisanie protokołu - Szkoda tylko papieru, czasu i długopisu i tak się nie przyda – stwierdzam - No jak się nie przyda ? Przyda, do sudu pojedziecie, Wy do hotelu na 3 dni, motocykle na parking a potem deportacja... i sztraf budziet - a on znów swoje - 880 Hr oficjalna – z podkreśleniem, oficjalna :) - Uuuu dużo, u nas niet dzieńgów, tylko na paliwo... - To do banku pojedziecie ! - No jak do banku, bank za darmo nie da! - To deportacja budziet -Trudno... - wzruszam ramionami i się zamykam. Policjant bierze do reki długopis ale wyraźnie nie chce mu się pisać - widzi bowiem ,że nieuchronnie kończy mu się blankiet i argumenty a negocjacje nie zostały podjęte. Mięknie. - 880Hr oficjalna … a 440Hr, czyli połowa jak nie oficjalna – zdanie kończy wyraźnie już ciszej - Jak nieoficjalna ? - No, normalna, nieoficjalna... - 440Hr dużo, u nas niet tyle! - A ile u Was ? - Mało, tolko na benzynu. My w pałatkach żywiom, w górach, dzieńgi tylko na jedzenie i paliwo. Jak zapłacimy to nie będziemy mieli za co wrócić – tłumaczymy Koniec końców kończy się uśmiechami i 100ką za dwóch do szuflady. Oczywiście oni banknotu nie dotykają, sam wpada do szuflady... A wystarczyło podroczyć się jeszcze 5-10minut i chyba pogonili by nas stamtąd z nerwów, że tym razem się nie udało ;) Przedstawienie to, trwające około 20 minut kosztowało nas tyle co bilet do kina – całe 22zł, z tym, że tu akurat myśmy grali . Ujeżdżamy z 30, 40 może 50km. Myślami jeszcze jesteśmy na posterunku GAI, śmiejemy się w duchu z przeżytej przygody i chyba dlatego gubimy drogę. - To chyba nie tu - kontrola mapy z nawigacją. Nawrotka. Nie tędy droga! Wracamy kawałeczek i się zaczyna, zdecydowanie najtrudniejsza cześć naszego wyjazdu. Jadąca jeszcze asfaltową droga, ubabrana po osie ciężarówka daje przedsmak emocji jakie nas czekają. Żyje się raz – wbijamy więc w las! Wbiliśmy... cdn.